Historia o banknocie i wartości człowieka to opowieść, kiedy przestajesz wierzyć, że jesteś mniej warta. Wracam do historii o banknocie, którą znałam od dawna, ale dopiero po czasie zobaczyłam w niej siebie. O tym, jak łatwo człowiek zaczyna mylić swoje doświadczenia z własną wartością i jak powoli wraca się do siebie.
Ta technika z banknotem nie jest czymś, co pojawiło się nagle w moim życiu, raczej czymś, co krążyło gdzieś obok mnie od dłuższego czasu, bo widziałam ją już wcześniej na różnych spotkaniach rozwojowych, u ludzi, którzy uczą o poczucia własnej wartości, u coachów, którzy lubią takie proste obrazy, które mają „wejść w głowę i zostać” i pamiętam, że ja ją wtedy nawet przeczytałam gdzieś pierwszy raz bez większych emocji, jak coś ciekawego, ale jednak odległego, a potem rok temu napisałam o niej swój tekst, taki bardziej z poziomu zrozumienia, bardziej z głowy niż z wnętrza, bo byłam wtedy w innym miejscu, inaczej siebie widziałam, inaczej reagowałam na własne doświadczenia i inaczej to wszystko we mnie siadało.
I dopiero teraz, po czasie, po tym całym roku, który coś we mnie przesunął, nie spektakularnie, nie jednym wydarzeniem, tylko raczej codziennością, różnymi rozmowami, ciszą, przemyśleniami, momentami kiedy coś we mnie się łamało i momentami kiedy coś się powoli sklejało z powrotem, wracam do tej samej historii i mam wrażenie, że czytam ją trochę innymi oczami, jakby była ta sama, ale ja już nie jestem tą samą osobą, która ją wtedy opisywała.
I to jest dziwne uczucie, bo człowiek czasem myśli, że jeśli coś już raz zrozumiał, to to zostaje takie samo, a tymczasem okazuje się, że my sami się zmieniamy i nagle to samo zdanie zaczyna znaczyć coś głębszego, bardziej osobistego, bardziej „w środku” i tak było właśnie z tą historią o banknocie, która wcześniej była dla mnie ładną metaforą, a teraz stała się czymś, co zaczęło dotykać bardzo konkretnych miejsc we mnie, takich, które kiedyś omijałam, bo nie umiałam do nich jeszcze podejść tak spokojnie.
Bo kiedy patrzę na ten banknot dziś, to już nie widzę tylko obrazka z warsztatu, tylko widzę siebie w różnych momentach życia, kiedy czułam się dokładnie tak samo „pognieciona”, nie przez jedno wielkie wydarzenie, ale przez całą serię małych sytuacji, które same w sobie nie były może dramatem, ale razem zaczęły tworzyć we mnie obraz siebie, który był coraz mniej życzliwy i coraz bardziej surowy.
Pamiętam bardzo dobrze te chwile, kiedy ktoś nie odpowiedział i ja od razu robiłam z tego historię o sobie, kiedy ktoś nie spojrzał tak jak się tego spodziewałam i ja zaczynałam się zastanawiać, czy ze mną jest coś nie tak, kiedy w rozmowie czułam się pominięta i zamiast zatrzymać się na tym, co się wydarzyło, ja od razu przenosiłam to na siebie, jakby wszystko było informacją o mojej wartości, a nie o sytuacji, w której po prostu się znalazłam.
I to właśnie było najbardziej wyczerpujące, bo człowiek wtedy nie odpoczywa nawet w swojej własnej głowie, tylko cały czas coś analizuje, poprawia, cofa się, próbuje „być lepszy”, żeby uniknąć kolejnego pogniecenia i nawet nie zauważa kiedy zaczyna coraz bardziej znikać w sobie, aż w pewnym momencie orientuje się, że mówi ciszej, zajmuje mniej miejsca, mniej ufa swoim reakcjom, mniej wierzy w swoje emocje.
A jednocześnie, co jest dla mnie dziś bardzo wyraźne, ja nigdy nie patrzyłam tak na innych ludzi, bo potrafiłam widzieć ich w pełni, nawet kiedy byli zmęczeni, nieidealni, emocjonalni, nawet kiedy nie spełniali oczekiwań i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby ich wartość uzależniać od tego, jak się zachowali w danym momencie, a mimo to wobec siebie stosowałam zupełnie inne zasady, jakby istniała we mnie jakaś wewnętrzna nierówność, której nawet nie zauważałam.
I chyba właśnie dlatego ta historia o banknocie wróciła do mnie teraz tak mocno, bo dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo ona była o mnie, nie w sensie dosłownym, nie w sensie „to ja i banknot”, tylko w sensie emocjonalnym, w sensie tego, jak łatwo człowiek zaczyna mylić swoje doświadczenia z własną wartością i jak trudno potem wrócić do tego miejsca w sobie, w którym można zobaczyć, że to co się wydarzyło, nie zmienia tego, kim się jest.
I kiedy o tym teraz myślę, to czuję, że cały ten proces wracania do siebie nie był jednym momentem olśnienia, tylko raczej bardzo powolnym odzyskiwaniem głosu, najpierw cichego, niepewnego, potem trochę bardziej obecnego, aż w końcu takiego, który nie boi się już powiedzieć „to mnie zabolało”, albo „to nie było o mnie”, albo po prostu „ja też się liczę”, nawet jeśli nie zawsze od razu w to wierzę w stu procentach.
Bo ta historia o banknocie wróciła do mnie nie jako teoria, nie jako coś, co trzeba „zrozumieć”, tylko jako coś, co zaczęło się we mnie układać na nowo, jakby ktoś rozłożył mnie na części i pozwolił mi zobaczyć, że te pogniecenia, które kiedyś brałam za definicję siebie, były tylko śladami po tym, co się wydarzyło, a nie moją tożsamością.
I może właśnie w tym jest największa zmiana, że dziś nie patrzę już na siebie jak na coś, co trzeba naprawić, tylko jak na coś, co czasem potrzebuje łagodności, ciszy i powrotu do miejsca, w którym nie trzeba niczego udowadniać, żeby mieć prawo być.
I coraz częściej wraca do mnie jedna myśl, która kiedyś była dla mnie tylko zdaniem, takim gdzieś przeczytanym między innymi zdaniami, a dziś zaczyna być czymś, co naprawdę próbuję w sobie utrzymać, nawet jeśli nie zawsze jest to łatwe, nawet jeśli nie zawsze w to wierzę od razu i ta myśl jest bardzo prosta, choć jej przyjęcie już takie proste nie jest, że to, co było, kształtuje nas, ale nie definiuje nas na zawsze, że to, co zrobiliśmy kiedyś, jak się zachowaliśmy, jakie decyzje podjęliśmy, jakie błędy popełniliśmy, jakie reakcje mieliśmy w trudnych momentach, to wszystko nas tworzy, ale nie zamyka nas w jednej wersji siebie na zawsze, bo człowiek nie jest czymś skończonym, tylko czymś, co wciąż się dzieje, jak ten banknot, który najpierw był idealnie prosty, a potem został zgnieciony, potem rzucony na ziemię, potem nadepnięty, a mimo to wciąż był tym samym banknotem, o tej samej wartości.
I kiedy patrzę na siebie w ten sposób, to zaczynam widzieć, że ja nie jestem „sumą przeszłości”, tylko kimś, kto przez tę przeszłość przeszedł i nadal idzie dalej, nawet jeśli czasem robi to wolniej, nawet jeśli czasem wraca do tych samych miejsc w sobie, nawet jeśli nie wszystko w sobie jeszcze rozumie, ale mimo to się nie zatrzymuje, trochę jak ten zmięty banknot, który może leżeć na podłodze, może być brudny, może wyglądać inaczej niż na początku, ale nadal ktoś go podnosi i nadal ktoś widzi w nim dokładnie tę samą wartość, którą miał zanim został zgnieciony.
I jest jeszcze druga strona tej myśli, może nawet ważniejsza i bardziej cicha, że to, że my sami czasem nie widzimy w sobie nic wartościowego, nie znaczy, że tej wartości nie ma, bo my patrzymy na siebie od środka, przez własne doświadczenia, przez własne zmęczenie, przez własne rany, przez rzeczy, które nas zabolały i które wciąż w nas pracują i w tym widzeniu bardzo łatwo zgubić obraz całości, tak jak gdyby ktoś patrzył tylko na zgnieciony i zabrudzony banknot i zapomniał, że to wciąż ten sam, pełnowartościowy kawałek papieru, który zmienił tylko swój zewnętrzny stan, ale nie to, czym jest w środku.
A czasem ktoś patrzy z zewnątrz i widzi coś zupełnie innego, widzi w nas rzeczy, których my sami już nie zauważamy, albo nigdy nie nauczyliśmy się zauważać, widzi w nas siłę tam, gdzie my widzimy tylko zmęczenie, widzi wartość tam, gdzie my widzimy tylko błędy, tak jak ktoś patrzący na ten sam banknot po jego zgnieceniu i zdeptaniu nadal mówi „to wciąż jest ta sama wartość”, podczas gdy my w środku jesteśmy przekonani, że już się „zmienił na gorsze” i nie chodzi o to, żeby oddać komuś prawo do definiowania nas, ale o to, żeby dopuścić do siebie myśl, że nasz własny obraz siebie nie zawsze jest pełny, że bywa zniekształcony przez to, co przeżyliśmy, tak samo jak zgniecenie zmienia wygląd banknotu, ale nie zmienia jego wartości.
I może właśnie dlatego tak ważne jest, żeby zostawić w sobie choć małą przestrzeń na to, że to, co o sobie myślimy w trudnym momencie, nie musi być ostateczną prawdą, że to może być tylko etap, tylko emocja, tylko cień czegoś, co kiedyś bolało, ale nie musi być końcem historii o nas, bo tak jak banknot nie przestaje być banknotem po tym, jak ktoś go zgniecie i rzuci na ziemię, tak człowiek nie przestaje być sobą tylko dlatego, że życie zostawiło na nim ślady.
Bo człowiek naprawdę potrafi widzieć siebie bardzo surowo, szczególnie wtedy, kiedy jest zmęczony i poraniony, ale świat czasem widzi nas inaczej i między tymi dwoma spojrzeniami jest miejsce, w którym można powoli wracać do siebie, jakby ktoś znowu podnosił ten zmięty banknot z podłogi i przypominał, że on nigdy nie stracił swojej wartości, tylko na chwilę został zapomniany.

ja przez ostatnie dwa lata bylam w zwiazku w ktorym czulam sie jak ten zmiety banknot. on mi mowil ze jestem za wrazliwa za emocjonalna za duzo wymagam. a ja w to wierzylam. dalam sie zgniesc. i teraz po rozstaniu powoli wracam do siebie. ale to trudne bo ciagle slysze jego slowa w glowie. ale twoj tekst mi przypomnial ze ja mam wartosc niezaleznie od tego co on myslal. dzieki. naprawde
Piękny tekst. Ja mam 45 lat i dopiero teraz zaczynam rozumieć że moja wartość nie zależy od tego czy ktoś mnie wybierze. Całe życie szukałam potwierdzenia w oczach innych. I zawsze było za mało. Ten banknot to ja. Pognieciony przez nieudane związki, przez zdrady, przez odrzucenie. Ale wciąż tyle samo wart. Dziękuję za przypomnienie
ja przez lata slyszalem od ojca ze jestem za miekki. ze nie umiem sie postawic. i gdzies to we mnie zostalo. do dzis sie zastanawiam czy jestem wystarczajaco mezczyzna. a mam 40 lat. wiec ten banknot to nie tylko o kobietach. to o ludziach w ogole. dzieki za tekst
Zastanawia mnie jedna rzecz. Autorka pisze że widzi innych w pełni a siebie surowo. Ja mam odwrotnie. Siebie usprawiedliwiam a innych oceniam. I to też jest problem. Bo wtedy nie widzę prawdy. Ani o sobie ani o nich
ja mam 60 lat i w koncu wiem co to znaczy wartosc. przez cale zycie bylam dla innych. dla meza dla dzieci dla rodzicow. i nigdy nie bylo mnie. teraz dzieci wyjechaly. maz umarl. i zostalam sama. i musialam sie nauczyc ze ja tez sie liczę. to najtrudniejsza lekcja zycia. ale dzieki takim tekstom wiem ze nie jestem sama. pozdrawiam wszystkie kobiety ktore sie gniota ale sie nie poddaja
Bardzo mądry tekst ale momentami za długi. Gubiłam się w tych zdaniach. Ale przesłanie jest ważne. Ja po zdradzie męża czułam się jak zero. Jakby cała moja wartość zależała od tego czy on mnie chce.
jestem sama i uczę się siebie na nowo. Powoli. Bez pośpiechu
przeczytalem calosc. dlugi tekst ale warto. najbardziej utkwilo mi to ze sami patrzymy na siebie przez pryzmat tego co nas zranilo. i zapominamy ze inni widza nas inaczej
Mam 25 lat i czuję że jestem na początku tej drogi. Już widzę że za bardzo się przejmuję tym co inni myślą. Już widzę że mój obraz siebie zależy od lajków i wiadomości. To przerażające. Ten tekst mi uświadomił że muszę to zatrzymać zanim będzie za późno
ja mam tak z zona. ona ciagle mowi ze jest gruba ze jest brzydka ze jest do niczego. a ja widze piekna kobiete. tylko ona tego nie przyjmuje
ja to mam tak ze jak ktos mnie skrytykuje to ja od razu wierzę ze ma rację. a jak ktos mnie chwali to ja nie wierzę. bo myślę że chce mi się przypodobać. więc mam w głowie taki filtr który przepuszcza tylko złe rzeczy. i potem dziwię się że mam złe mniemanie o sobie
Przeczytałam dwa razy. Za drugim razem płakałam. Bo ja przez 20 lat małżeństwa słyszałam że jestem nic nie warta. I w to uwierzyłam. I teraz jak jestem sama to nie wiem kim jestem. Boże jak to boli. Ale wiem jedno. Muszę się nauczyć że to co on mówił to nie prawda. Że to jego problem nie mój. I ten banknot mi to przypomniał. Dziękuję. Zapisuję sobie ten tekst na telefonie. Będę czytać jak będzie źle.
Świetny tekst. Najbardziej poruszyło mnie to że autorka pisze o sobie że się gniotła. Ja też się gniotę. Codziennie. W pracy. W domu. W związku. I nawet nie wiem kiedy zaczęłam mówić ciszej. Zajmować mniej miejsca. Przepraszać za to że żyję
Bolesne ale potrzebne. Dziękuję że piszesz o takich rzeczach
Powiem wam coś. Ja myślę że ten banknot to za proste porównanie. Bo banknot nie ma pamięci. Nie ma traumy. Nie ma lęku. A człowiek ma. Więc porównywanie człowieka do banknotu jest trochę nieuczciwe. Bo zgnieciony banknot się nie boi. A zgnieciony człowiek tak. Więc może lepiej mówić o tym co zrobić z tym lękiem a nie tylko o tym że wartość nie znika. Ale ogólnie tekst dobry.
ja mam takie male odkrycie. przez lata myslalam ze musze byc idealna zeby byc kochana. ze jak sie pomyle to juz nie zasluguje. i ciagle sie poprawialam. ciagle bylam dla kogos inna. a teraz mam 35 lat i nie wiem kim jestem. bo caly czas bylam wersja siebie dla innych.
Myślę że każdy facet powinien to przeczytać. Bo my często nie widzimy że nasze słowa ranią. Że jedno zdanie wypowiedziane w złości może siedzieć w kobiecie latami
Ten tekst to dla mnie lekcja. Że warto uważać na słowa. Bo one zostają
Bardzo dobry tekst ale mnie zabrakło w nim jednej rzeczy. Mianowicie tego że czasem trzeba sięgnąć po pomoc. Terapii. Bo samemu trudno wyjść z tego dołka. Ja próbowałam sama. Lata. I dopiero terapia mi pomogła zobaczyć że nie jestem tym co mi mówiono. Że mam wartość. Więc może autorka powinna to dodać. Że proszenie o pomoc to nie słabość
ten tekst jest piekny ale dla mnie za bardzo skupiony na przeszlosci. co z tego ze wiem ze jestem banknotem o tej samej wartosci skoro codziennie ktos mnie gniecie na nowo. w pracy szef mnie nie szanuje. w domu maz mnie nie widzi. i co ja mam robic? mowic sobie ze jestem warta? to nie wystarcza. trzeba jeszcze cos zmienic w zyciu. moze autorka powinna napisac o tym jak sie chronic przed gnieceniem. bo samo swiadome ze sie ma wartosc to za malo
Po 10 latach małżeństwa mój mąż odszedł do młodszej. Powiedział że ze mną się zestarzał. Że już nie jestem atrakcyjna
Bardzo mądry tekst. Ja od roku chodzę na terapię i uczę się dokładnie tego o czym piszesz. Że moja wartość nie zależy od tego co się wydarzyło. Ani od tego co inni myślą. Ani od tego co ja sama myślę w trudnym momencie. To proces. Długi. Czasem bolesny. Ale wracam do siebie. Po kawałku. Ten tekst mi to przypomniał. Dziękuję autorce. I wszystkim którzy się gniotą. Jesteście coś warci. Nawet jeśli dziś tego nie czujecie
Prześlij komentarz