W moim domu nie było rozmów o uczuciach. Nikt nie pytał, co czuję. Nie było przytulania. Nie było rozmów o problemach. Żadnych „a jak Ci minął dzień?”. Było jak w fabryce - zrób, zjedz, idź spać. I tak codziennie. Nie znałam innego świata.
Nie wiedziałam nawet, że czegoś mi brakuje. Jak miałam wiedzieć? Skoro czegoś nie dostałam, to nie wiedziałam, że istnieje.
Długo myślałam, że bliskość jest czymś dla innych, nie dla mnie. Że to nie moja bajka. Że „takie rzeczy” są zarezerwowane dla tych, którzy mieli szczęśliwe dzieciństwo.
Dziś wiem, że każdy może się tego nauczyć. Nawet ktoś, kto wychował się w ciszy.
Potem przyszło życie. I ludzie, którzy - zupełnie przypadkiem - stali się moimi nauczycielami.
Najbardziej zmieniła mnie Kazia. Znam ją prawie dziesięć lat. Jest kobietą w wieku mojej matki. Ale to ona nauczyła mnie, czym jest prawdziwa rozmowa. Pokazała, że można mówić o wszystkim - o błahych sprawach, o zmęczeniu, o strachu, o nadziei. U niej rozmowa była jak ciepła herbata po zimnym dniu. Nigdy nie oceniałam, nie bała się moich emocji, nie dawała „dobrych rad” na siłę. Była. Słuchała. I to wystarczyło.
Od Kazii nauczyłam się więcej niż od własnej matki.
Dała mi coś, czego tam nie dostałam - poczucie bezpieczeństwa. Zwykłe, ludzkie bycie przy mnie.
Drobne gesty - wspólne gotowanie, rozmowy bez planu - budowały we mnie nowe JA.
Pamiętam też inne chwile. Anię, która pierwszy raz mnie przytuliła. I to spięcie w moim ciele - to było obce, nowe, prawie przerażające. Nie wiedziałam, co z tym zrobić. A jednocześnie czułam, że tego mi brakowało. Przytulenie - zwykły ludzki gest. A ja musiałam się tego nauczyć.
Była też osoba, która pierwszy raz… uśmiechnęła się do mnie. Zupełnie bez powodu. Mijana gdzieś na ulicy, spojrzała i po prostu się uśmiechnęła. Wtedy pomyślałam: „Co jest z nią nie tak?”. Bo u mnie w domu nikt się tak nie uśmiechał. Nie do siebie. Nie ot tak.
A dziś? To ja uśmiecham się do ludzi. Do pani zmęczonej za kasą. Do obcej osoby na ulicy. Robię to, bo wiem, jak dużo to może zmienić. Uśmiech to była jedna z pierwszych lekcji, które dostałam od obcych ludzi.
Od Tomka nauczyłam się, jak działa samochód. Dla mnie to była lekcja nie tylko techniczna, ale i lekcja cierpliwości wobec siebie.
Pani Ela z bloku nauczyła mnie, że pralka nie gryzie. Że nawet urządzenia przestają być straszne, jeśli ktoś Ci pokaże.
I nawet pijaczek spod sklepu. On też coś we mnie zostawił. Bo opowiedział swoją historię. I przypomniał mi, że nie wolno nikogo skreślać.
Od obcych ludzi nauczyłam się przytulać, uśmiechać, mówić. Być człowiekiem dla drugiego człowieka.
I dziś wiem jedno:
To, że czegoś nie dostałaś w domu, nie znaczy, że nie możesz dostać tego później.
Możesz spotkać swoją Kazię. Może już ją znasz. Może czeka tuż obok - sąsiadka, koleżanka z pracy, ktoś, kogo dziś traktujesz jak obcego. A może wystarczy uśmiech? Może rozmowa? Może jedno pytanie?
Każdy człowiek może coś wnieść do Twojego świata.
Tylko musisz być gotowa to przyjąć.
A Ty? Kiedy ostatni raz ktoś Cię przytulił? Kiedy ostatnio ktoś uśmiechnął się do Ciebie bez powodu?
I… czy jesteś gotowa dać sobie szansę?
Może Ty też masz gdzieś w pobliżu swoją Kazię.
Albo kogoś, kto czeka, by stać się dla Ciebie wsparciem.
Rozejrzyj się. Daj sobie szansę.
Bo życie to nie tresura.
To podróż.
I zasługujesz na to, żeby w tej podróży być otoczona troską, rozmową, bliskością.
Długo budowałam w sobie tę nową wersję siebie. I wciąż się uczę.
Ale wiem już jedno:
Warto.
Nie wszyscy uczą się życia w domu. Czasem uczymy się żyć… od ludzi przypadkowych. Od obcych. Od tych, którzy potrafią powiedzieć: „Jestem tu dla Ciebie”.
To, że czegoś nie dostałaś, nie znaczy, że tego nie dostaniesz. Szukaj dalej.
Twoje słowa pod postami to dla mnie największa motywacja ❤️ Zachęcam też do kliknięcia przycisku „Obserwuj” po prawej stronie. A jeśli chcesz postawić mi kawę - link znajdziesz tutaj:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz