Tylko jednym ruchem - jakby ktoś pociągnął za jakąś niewidzialną nitkę i posypało się wszystko.
Najpierw choroba, potem pralka, potem komputer, potem dziwne spięcia z ludźmi, potem jeszcze samochód. A na koniec siadasz na krześle w kuchni, patrzysz na ten cały chaos i myślisz:
„Serio? Jeszcze coś?”
Kiedyś myślałam, że to przypadek. Że po prostu mam pecha, zły dzień, zły tydzień, zły los. Ale potem zaczęłam zauważać pewną prawidłowość: takie ciągi zdarzeń zdarzały się zawsze wtedy, gdy w moim życiu działo się coś naprawdę dużego. Nie tylko na zewnątrz - ale też we mnie.
Nie jestem wróżką. Ale wierzę, że wszystko jest energią. I że jeśli w naszym życiu coś się psuje - naprawdę, głęboko, emocjonalnie - to ta energia zaczyna się rozlewać na inne rzeczy. I wtedy padają sprzęty. I wysiadają relacje. I odzywają się stare rany.
To jakby cały dom, całe nasze otoczenie, czuło ten wewnętrzny rozpad. Jakby rzeczy - nawet te najbardziej zwykłe - wiedziały, że coś się kończy. I same zaczynały się kruszyć.
Ale jest też druga strona tego chaosu.
Czasami to nie tylko rozpad. Czasami to - choć brzmi to może dziwnie - porządkowanie. Tylko takie brutalne. Jakby życie mówiło: „To już się nie nadaje. To już Ci nie służy. To już nie pasuje do tego, kim się stajesz.”
Czasami coś się psuje, bo... robi miejsce.
Bo gdyby wszystko działało, gdyby wszystko było po staremu - nie miałabyś powodu, by coś zmienić.
I nie chodzi tylko o rzeczy. Czasami psują się związki. Pękają przyjaźnie. Ludzie odchodzą - albo my musimy odejść. Zwalniają nas z pracy, z którą byliśmy związani przez lata. Albo sami podejmujemy decyzję, której nie mieliśmy siły podjąć wcześniej.
I tak, są takie rozdziały, które nie kończą się szczęśliwie. Ale ich zakończenie - samo w sobie - to już sukces. Bo coś, co trwało zbyt długo, w końcu się domknęło. Może z hukiem. Może z bólem. Ale już nie trzeba tego dźwigać.
Z czasem, choć może dziś trudno w to uwierzyć, te pęknięcia stają się miejscem, przez które przychodzi coś nowego. Lepszego. Albo przynajmniej - bardziej prawdziwego.
Nie każde zakończenie jest szczęśliwe. Ale każde może być przełomem.
Czasem życie samo mówi: „To już. Wystarczy.” I nawet jeśli nie jesteśmy gotowi - wszystko wokół zaczyna się układać tak, żeby nas wypchnąć w inną stronę.
To nie dramat. To krok.
Nie w przepaść - tylko w dalszą drogę.
Bo może właśnie teraz coś się kończy, bo już dawno powinno było się skończyć.
A Ty - nawet jeśli dziś czujesz się rozbita - jesteś już dalej niż myślisz.
Twoja obecność tutaj wiele dla mnie znaczy 💚 Jeśli chcesz, dołącz do grona obserwujących (przycisk po prawej stronie) i napisz kilka słów w komentarzu. A kawę postawisz klikając tutaj:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz