Że problemy to jednak znak życia.
Bo jedyne miejsce, gdzie już nikt nie musi się z niczym zmagać, to cmentarz. Tam nikt nie martwi się kredytem, samotnością, zmarszczkami, czy tym, co powiedziała sąsiadka. Tam jest cisza. Ale taka, której nikt z nas tak naprawdę nie pragnie.
Więc może te nasze zmartwienia - choć potrafią przygnieść - są jak echo życia? Może właśnie dzięki nim czujemy, że jeszcze jesteśmy w ruchu? Że jeszcze nas coś obchodzi, boli, porusza?
I kiedy tak myślę, to nagle moje „mam dość” zamienia się w ciche „na szczęście jeszcze jestem”.
Więc tak, czasem chcę się skulić pod kocem i zniknąć. Ale potem przypominam sobie - gdy nic już nie boli, to znaczy, że naprawdę zniknęłam.
A dopóki mam choćby jeden powód, żeby się z czymś szarpać… to znaczy, że nadal tu jestem. I to mi wystarcza.
Jeśli Ci pomogło, przekaż go komuś, komu też pomoże 💛
Masz ochotę na małą interakcję? Napisz komentarz lub kliknij „Obserwuj” w bocznym pasku 😊
A gdybyś chciał/a postawić mi kawę - link znajdziesz tutaj:

1 komentarz:
A może to jednak oznacza złe środowisko? Ja nie umiem się pogodzić z życiem
Prześlij komentarz