AdSense

czwartek, 24 września 2026

Ćwiczenie lustra - o co w tym w ogóle chodzi i co ja z tym zrobiłam

odbicie czerwonego jabłka w lustrze

Ćwiczenie lustra w 3 krokach, które zmienia sposób patrzenia na siebie i rozmowy ze sobą każdego dnia. Powiem Ci szczerze, kiedy pierwszy raz usłyszałam o „ćwiczeniu lustra”, to też pomyślałam, że to brzmi dziwnie i sztucznie. Takie coś w stylu „stań przed lustrem i kochaj siebie”, i człowiek nawet nie wie, co dokładnie ma zrobić ani czy to w ogóle ma sens.

Ale to nie o to chodzi.

To ćwiczenie jest dużo prostsze, tylko nikt go tak normalnie nie tłumaczy.

Ja zrobiłam to w trzech krokach, bardzo zwyczajnie, bez żadnych rytuałów, bez przygotowań, bez nastawiania się na „duże przeżycie”.

Pierwszy krok był najprostszy: stawałam przed lustrem i po prostu patrzyłam sobie w oczy. Bez poprawiania twarzy, bez analizowania jak wyglądam, bez tego automatycznego uciekania wzrokiem po sekundzie. Na początku to trwało dosłownie chwilę, bo od razu pojawiało się coś w rodzaju napięcia, takiego wewnętrznego „co ja robię”, które kazało mi odwrócić wzrok. Ale chodziło tylko o to, żeby zostać ze sobą odrobinę dłużej niż zwykle, nawet jeśli to miało być niewygodne.

I dopiero wtedy zaczęłam zauważać, jak rzadko w ogóle na siebie patrzę w taki sposób. Nie technicznie, nie „czy wszystko wygląda okej”, tylko naprawdę, jak na człowieka, który stoi przede mną.

Drugi krok przyszedł później i był dla mnie dużo trudniejszy, bo zaczęłam do siebie mówić. Normalnie, tak jak mówi się do kogoś bliskiego, który ma gorszy dzień. Bez wielkich słów, raczej prosto i zwyczajnie: „widzę, że jesteś zmęczona”, „to jest trudny dzień”, „jestem przy tobie”. I wtedy coś się zmieniało, bo nagle przestawałam być tylko obserwatorem swojego odbicia, a zaczynałam być kimś, kto naprawdę się ze sobą kontaktuje.

I pamiętam, że to nie było wcale przyjemne na początku. Raczej dziwne. Trochę obce. Jakby mózg nie wiedział, co z tym zrobić, bo przez lata nauczyłam się głównie oceniać siebie, a nie do siebie mówić w ten sposób.

W rozmowach z ludźmi też zaczęłam zauważać, że to wcale nie jest coś oczywistego, bo kiedy wspominałam o tym ćwiczeniu, słyszałam reakcje typu „ja bym nie umiała na siebie patrzeć” albo „to brzmi dziwnie”, i wtedy jeszcze bardziej docierało do mnie, że my naprawdę bardzo rzadko mamy taki spokojny kontakt ze sobą.

I wtedy pojawił się trzeci krok, który dla mnie był najważniejszy i który zmienił najwięcej, choć nie od razu to zrozumiałam.

Rano, zanim zaczynałam dzień, zanim robiłam makijaż i zanim wchodziłam w cały ten codzienny tryb działania, stawałam przed lustrem i mówiłam do siebie inaczej niż wcześniej. Już nie tylko neutralnie, nie tylko „widząco”, ale wspierająco.

Mówiłam do siebie rzeczy, które na początku brzmiały wręcz obco, bo nie byłam do nich przyzwyczajona. Że dam radę. Że to będzie mój dzień. Że jestem wystarczająca taka, jaka jestem. Że nie muszę być idealna, żeby zacząć dobrze. Że mogę przejść przez ten dzień spokojniej, nawet jeśli wszystko nie będzie idealne.

I powiem Ci szczerze, że na początku miałam wrażenie, że to nie działa. Że to sztuczne, że to „nie ja”, że to tylko słowa wypowiedziane do lustra. Ale nie przestałam tego robić, bardziej z ciekawości niż z przekonania.

I po jakimś czasie zauważyłam coś bardzo cichego.

Nie zmieniło się moje życie nagle.

Nie zniknęły problemy.

Ale zmienił się start dnia.

Jakby pierwsze minuty po przebudzeniu i pierwsze spojrzenie na siebie przestawało być walką, a zaczynało być czymś łagodniejszym.

I to jest chyba najważniejsze w tym ćwiczeniu, że ono nie ma Cię naprawić ani zmienić w kogoś innego. Ono ma Ci tylko pokazać, jak do siebie mówisz, kiedy nikt nie słucha i kiedy nie musisz nic udawać.

Bo bardzo często okazuje się, że jesteśmy dla siebie dużo bardziej surowe niż dla kogokolwiek innego.

I dopiero kiedy to widzisz, możesz zacząć coś zmieniać.

Nie od razu.

Nie na siłę.

Ale świadomie.


Czasem nie chodzi o to, żeby siebie zmieniać, tylko żeby siebie zobaczyć. W prostym spojrzeniu w lustro możesz zauważyć, jak do siebie mówisz naprawdę i czy jesteś dla siebie bardziej wsparciem, czy krytykiem. I dopiero od tego momentu zaczyna się coś, co można nazwać spokojniejszym byciem ze sobą.
Jakie mysli wzbudzil ten wpis?
Anonimowy

Aż mi się dziwnie zrobiło, jak o tym przeczytałam. Bo prawda jest taka, że do obcych ludzi mówimy ładnie, a dla siebie jesteśmy najgorszymi krytykami. Spróbuję tego trzeciego kroku, bo faktycznie rzadko mówię do siebie coś miłego

Anonimowy

Święta prawda. Człowiek całe życie pędzi i nawet nie zauważy, że patrzy w lustro tylko po to, żeby sprawdzić, czy włosy dobrze leżą. Fajnie, że napisałaś to tak normalnie, bez żadnego nawęiania.

Anonimowy

Mnie to bardzo ruszyło. Najgorsze jest to, że jesteśmy dla siebie tak strasznie surowi. Dobrze przeczytać, że można zacząć dzień od czegoś spokojniejszego niż zwykłe narzekanie

Anonimowy

Dzięki za te słowa. Najgorsze jest to, że dla obcych mamy tyle wyrozumiałości, a dla siebie jesteśmy po prostu wredni.

Anonimowy

Super tekst. Normalnie, po ludzku napisane. Spróbuję popatrzyć na siebie dzisiaj rano bez marudzenia

Anonimowy

Uderzyło mnie to. Najgorszy krytyk siedzi w naszej własnej głowie.

Anonimowy

Bardzo mądre. Człowiek rano widzi tylko zmęczenie i wady, a wystarczyłoby po prostu być dla siebie normalnym.

Anonimowy

Dzięki za te słowa. Czas zacząć mówić do siebie po ludzku, a nie ciągle się biczować

Prześlij komentarz