Jakiś czas temu przeczytałam krótkie opowiadanie włoskiego pisarza Giovanniego Papiniego „Kim jesteś?”. Zamknęłam książkę, odłożyłam ją na stolik i byłam przekonana, że za chwilę zajmę się czymś innym, ale ta historia nie chciała mnie zostawić w spokoju. Wracała do mnie podczas parzenia porannej kawy, podczas spaceru, a nawet wtedy, gdy wieczorem gasiłam światło.
Coraz częściej łapałam się na tym, że nie myślę już o bohaterze tej opowieści. Myślę o sobie.
Wyobraziłam sobie, że budzę się pewnego dnia i nagle nikt mnie nie poznaje. Sąsiedzi mijają mnie obojętnie. Znajomi patrzą z uprzejmym uśmiechem, ale nie mają pojęcia, kim jestem. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj wiedzieli o mnie wszystko, dziś przechodzą obok jak obok nieznajomej.
Na początku wydawało mi się, że to po prostu ciekawy literacki pomysł. Im dłużej jednak o tym myślałam, tym mocniej dochodziłam do wniosku, że to nie jest historia o utracie pamięci. To opowieść o czymś znacznie głębszym.
O pytaniu, którego chyba większość z nas boi się zadać samej sobie.
Kim jestem, kiedy znikają wszystkie role, które pełnię każdego dnia?
Przyznam szczerze, że kiedy pierwszy raz spróbowałam odpowiedzieć na to pytanie, wcale nie było mi łatwo. O wiele prościej powiedzieć, czym się zajmuję, komu pomagam, jakie mam obowiązki albo jak wygląda mój dzień. Znacznie trudniej usiąść w ciszy i odpowiedzieć sobie, kim jestem wtedy, gdy nikt niczego ode mnie nie oczekuje.
Mam wrażenie, że od najmłodszych lat uczymy się dopasowywać. Najpierw chcemy być dziećmi, z których rodzice będą dumni. Później staramy się nie zawieść nauczycieli, szefów, partnerów, przyjaciół. Z biegiem czasu dochodzą kolejne role i kolejne oczekiwania. Niektóre przyjmujemy świadomie, inne niemal niezauważalnie. I czasem dochodzi do takiej chwili, że świetnie wiemy, czego potrzebują wszyscy wokół, ale coraz słabiej słyszymy własny głos.
Coraz częściej myślę, że właśnie dlatego tak wielu ludzi wpisuje w wyszukiwarkę zdania: „nie wiem, kim jestem”, „jak odnaleźć siebie”, „straciłam siebie”, „jak zacząć od nowa”. Nie szukają gotowej recepty. Szukają potwierdzenia, że nie są jedyni.
Kiedy czytam ich historie, widzę w nich coś bardzo poruszającego.
Jedna kobieta napisała, że przez ponad dwadzieścia lat całe swoje życie podporządkowała dzieciom. Woziła je na zajęcia, pomagała w lekcjach, organizowała święta, pamiętała o wszystkim. Kiedy dorosły i wyprowadziły się z domu, usiadła pewnego dnia w kuchni z kubkiem herbaty i zorientowała się, że nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie: „Co ja właściwie lubię robić?”. To zdanie zostało ze mną na długo. Wyobraziłam sobie tę ciszę w domu i kobietę, która nagle odkrywa, że przez lata była dla wszystkich, tylko nie dla siebie.
Innym razem przeczytałam historię mężczyzny, który po kilkunastu latach stracił pracę. Napisał tylko kilka słów: „Nie straciłem stanowiska. Miałem wrażenie, że straciłem swoją tożsamość”. Pomyślałam wtedy, jak łatwo zbudować całe poczucie własnej wartości na jednej rzeczy. Wystarczy, że ta rzecz zniknie, a człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie, czy jeszcze wie, kim jest.
Mam też przed oczami zupełnie zwyczajną scenę z kawiarni. Siedziała tam kobieta mniej więcej w moim wieku. Była sama. Nie przeglądała telefonu, nie pisała wiadomości, nie rozmawiała z nikim. Po prostu spokojnie patrzyła przez okno i popijała kawę. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, iż wiele osób uznałoby ją za samotną. Ja zobaczyłam kogoś, kto być może nauczył się spędzać czas z samą sobą bez lęku i bez potrzeby ciągłego wypełniania ciszy.
To skłoniło mnie do bardzo niewygodnego pytania.
Czy ja sama potrafię pobyć ze sobą bez rozpraszaczy?
Nie zawsze.
Bywały momenty, kiedy odruchowo sięgałam po telefon, włączałam muzykę albo znajdowałam sobie kolejne zajęcie. Dopiero po czasie zrozumiałam, że czasami nie uciekamy przed nudą. Uciekamy przed spotkaniem z własnymi myślami.
Coraz mocniej wierzę, że poznawanie siebie zaczyna się właśnie tam, gdzie na chwilę milknie cały zewnętrzny hałas.
Nie oznacza to wcale wyjazdu w góry ani rzucenia dotychczasowego życia. Czasem wystarczy usiąść wieczorem na kanapie, odłożyć telefon i zapytać samą siebie: „Jak się dzisiaj naprawdę czuję?”. To zaskakujące, jak często nie potrafimy od razu odpowiedzieć.
Zdarza mi się też myśleć o mediach społecznościowych. Widzę, jak łatwo wpaść w pułapkę porównywania się z innymi i uzależnić swoje samopoczucie od kilku kliknięć. Im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że prawdziwe poczucie własnej wartości nie rodzi się z cudzej aprobaty. Rodzi się wtedy, gdy potrafię spojrzeć na siebie z życzliwością nawet w dni, kiedy nikt mnie nie chwali.
Czasami wyobrażam sobie też prosty eksperyment.
Co by było, gdybym jutro obudziła się i przez cały dzień nikt niczego ode mnie nie oczekiwał? Nie musiałabym nic udowadniać, nikogo zadowalać ani spełniać żadnej roli. Jak wyglądałby taki dzień? Gdzie bym poszła? Z kim chciałabym się spotkać? Co sprawiłoby mi prawdziwą radość?
Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedzi nie przychodzą od razu.
I właśnie dlatego uważam, że warto zadawać sobie takie pytania.
Coraz częściej łapię się na myśli, że odnajdywanie siebie nie jest jednorazowym olśnieniem. To powolny proces przypominający odkurzanie starego albumu ze zdjęciami. Strona po stronie przypominam sobie, co kiedyś mnie cieszyło, o czym marzyłam, czego się bałam i co naprawdę było dla mnie ważne. Nie odkrywam nowej osoby. Raczej odnajduję tę, którą na jakiś czas przykryły obowiązki, pośpiech i cudze oczekiwania.
Myślę też o wszystkich ludziach, którzy są dziś na życiowym zakręcie. O tych po rozwodzie, po utracie pracy, po wyprowadzce dzieci z domu albo po długiej chorobie. Takie momenty bolą, ale czasami właśnie one stają się początkiem najważniejszego spotkania z samym sobą. Kiedy rozpada się stary plan na życie, pojawia się miejsce na zadanie pytania: „A czego ja naprawdę chcę?”.
Nie mam gotowej odpowiedzi i chyba nie chcę jej mieć.
Mam za to przekonanie, że warto być wobec siebie ciekawą. Nie oceniać się za szybko. Nie wymagać natychmiastowych zmian. Dać sobie prawo do szukania.
Jeśli miałabym zostawić Ci dziś jedno małe ćwiczenie, byłoby bardzo proste. Usiądź na kilka minut w ciszy i odpowiedz sobie bez pośpiechu na cztery pytania.
Co sprawia mi radość, nawet jeśli nikt tego nie widzi?
Kiedy ostatnio zrobiłam coś wyłącznie dlatego, że sama tego chciałam?
Czy moje codzienne decyzje wynikają z moich wartości, czy częściej z potrzeby spełniania cudzych oczekiwań?
I wreszcie - gdyby nikt mnie nie oceniał, co odważyłabym się zmienić już dziś?
Im dłużej żyję, tym mocniej dochodzę do wniosku, że największym sukcesem nie jest to, że wszyscy nas podziwiają. Największym sukcesem jest spojrzeć rano w lustro i poczuć, że nie zgubiłam siebie po drodze.
Dlatego historia Papiniego została ze mną na tak długo. Nie dlatego, że była niezwykła, ale dlatego, że zmusiła mnie do zatrzymania się. Uświadomiła mi, że kiedy znikną stanowiska, role, obowiązki, opinie innych ludzi i cała ta zewnętrzna otoczka, zostanie coś znacznie ważniejszego.
Zostanę ja.
I coraz bardziej wierzę, że warto poświęcić trochę czasu, żeby naprawdę tę osobę poznać.

Prześlij komentarz