A potem... coś się zaczęło zmieniać.
Nie nagle. Nie jak w filmach, gdzie wszystko obraca się o 180 stopni po jednej scenie. U mnie to była droga. Długa. Myślę, że zajęło mi to około dwóch lat - prawdziwego budzenia się, zrzucania
ciężaru, powrotu do siebie. Ale był jeden moment, który uważam za przełom. To była chwila, gdy uświadomiłam sobie, że są rzeczy, na które nie mam wpływu. Brzmi prosto - ale to był szok. Dotarło do mnie, że nie zmienię ludzi, nie cofnę przeszłości, nie sprawię, że świat stanie się taki, jak chcę. Najpierw pojawiła się złość, potem bezsilność. A potem… przyszła akceptacja. A kiedy zaakceptowałam, że nie wszystko zależy ode mnie - przyszło odpuszczenie. Jakby wyrzucić śmieci z duszy. Uwolnić się. I od tego wszystko się zaczęło.Zaczęłam sprzątać - dosłownie i w przenośni. Odcinać toksycznych ludzi, którzy próbowali układać mi życie, choć nie chodzili w moich butach. Nie mieli moich ran, nie mieli moich braków. Nie byli mną. Nie mieli prawa decydować, jak mam żyć - a jednak robili to. I ja im na to pozwalałam. Aż przestałam. Zaczęłam robić porządki - w kontaktach, w relacjach, w domu, w głowie. Usuwałam numery z telefonu, które nic nie wnosiły. Kasowałam znajomości, które były tylko dla statystyk. Dbałam o przestrzeń, w której żyję - bo wierzę, że jak jest bałagan wokół, to i w środku trudno o spokój. Teraz czuję to mocno: porządek zewnętrzny pomaga w porządku wewnętrznym.






